The Best Offer, czyli w polskim tłumaczeniu Koneser – nie mam pytań.

Mam wrażenie, że zawsze zachwycam się niszowym, artystycznym kinem, tymczasem Koneser to naprawdę najlepszy film jaki widziałam do tej pory 😀

To najpiękniejsza i najbardziej prawdziwa historia o miłości! Choć dowiadujemy się o tym dopiero w ostatniej scenie.

Ktoś ostatnio powiedział, że serial to forma, która jako jedyna pozwala rozwinąć osobowość bohatera tak jak książka. Film nie daje takich możliwości, ponieważ nie ma tyle czasu, by można było dobrze poznać bohatera. 1,5h to za mało, kilka sezonów to o wiele więcej.  Tymczasem ten pogląd został moim zdaniem obalony z wielkim hukiem przez „Konesera” w reż. Giuseppe Tornatore.

Wystarczy bardzo oryginalna historia, perfekcyjnie napisany scenariusz, by chciało się oglądać film bez końca, a bohatera poznajemy lepiej niż w jakimkolwiek serialu (coś o tym wiem, nie skłamię jak powiem, że widziałam ich już z tysiąc). Nie jest to postać prosta, a wręcz bardzo skomplikowana. Widać reżyser znalazł idealny sposób na pokazanie głównego wątku całej historii. Pokazał złożoną historię w wykonaniu bardzo złożonych postaci, żeby pokazać co kryję się za tym tak naprawdę – ból, miłość, samotność. W tracie seansu stary pyta: Gdzie ten główny wątek? Odpowiadam kpiącą: Jest cały czas! Tymczasem okazuje się, że oglądaliśmy film rzeczywiście nie znając wątku zupełnie, a był tak blisko na wyciągnięcie ręki. Czekamy na akcję, rozwój wydarzeń, finał. Finał jest w ostatnich minutach, a za nim jest coś więcej…. Finał okazuje się blachy i rozczarowany, widz myśli, naprawdę? tylko tyle? Oczywiście, to niemożliwe w przypadku tego reżysera – zakończenie kryje za sobą o wiele więcej, całe sedno filmu zaklęte w tym jednym bardzo długim ujęciu. I człowiek nagle czuję się tak k…rwsko sam….

 

Written By

Four The Same Fingers

Mieszkam w szklarni. Dosłownie mój dom to szklarnia. Cóż mogę powiedzieć. Starego poniosła wyobraźnia :D nie ubolewam, bo mieszkając na dolnośląskiej wsi mam namiastkę Skandynawii. Mam 30 lat na karku i kilka fanpage’ów. Żaden nie daje pełnego upustu dla mojego ekshibicjonizmu. To dało powód do narodzin FOURTHESAMEFINGERS. Skąd ta nazwa? Opowiem niebawem w telewizji śniadaniowej ;) Z wykształcenia nie chwaląc się zupełnie, słaby dziennikarz, trochę lepszy kulturoznawca, marny operator ;) i całkiem niezły kierownik produkcji – filmowej – rzecz jasna. Z doświadczenia sprzątaczka z Manhattanu (bez kitu), sprzedawczyni w 0,99$ Store z Greenpointu, tancerka orientalna, kelnerka, marketingowiec, tygodniowy kierownik działu marketingu, dosyć poważna asystentka kierowników produkcji, mniej poważny reżyser, producent, operator we własnej JEDNO OSOBOWEJ działalności gospodarczej i wreszcie stara starego i matka 6-letniego kucharza.