Leżała w wannie unosząc się na pianie, koło kranu tlił się ostatni plomień dopiero co odpalonej białej świecy. Z włosów spadały jej krople wody i roztrzaskiwaly się o plecy niczym fale w Havanie na Malecon. W oddali słychać było szum lasu. Z wody unosiła się para a wraz z nią do głowy napływały kolejne myśli  …..

 

 

Jak widać poeta ze mnie marny, choć to nie lada wyczyn napisać coś takiego gdy leżysz w wannie w, której unosić mogą  cię jedynie 2 łyżki soli morskiej, ze niby morze martwe… w oczy aż piecze olejek
z drzewa herbacianego bo zatoki napieprzaja jak zwykle o tej porze, leci nie kropla a całe morze potu a z oddali słychać oj tak słyszę teraz kłótnie dwójki dzieci: lat 6 i 36. wraz z para leje się pot i napływają mi myśli tysiące myśli, co jeszcze dzisjaj co jutro i dlaczego tak dużo. Jak to się stało ze jestem tutaj w tym miejscu dzisiaj i nie chodzi mi o wannę…. ale jak do tego doszło ze za drzwiami słyszę dźwięki jakiś ludzi, kim oni są i dlaczego jednemu z nich muszę szykować kanapki i dźwigać jego plecak ze wszystkimi książkami choć powinien je zostawiać w szkole i dlaczego ten drugi duży ciagle coś ode mnie chce???!!!!!! I teraz pasowałoby napisać – ale życie byłoby bez nich nudne…

 

 

Sytuacja rano. 7:30 przypomniało mi się, ze Lu miał przeczytać czytankę. Zostawiłam ją sobie specjalnie na stole, żeby nie zapomnieć. Nie ma jej. Gdzie jest pytam! Lu odpowiada że nie wie. Po kilkuminutowych poszukiwaniach Lu przyznaje, że pod kanapą….

 

Siadamy, czytamy, ja wkurw… Lu zmartwiony. Po całym chaosie związanym z wychodzeniem do szkoły: plecak ważący 100kg, usłyszane tryliard razy ile masz lat, Lu nie chce kanapki bo chleb kupiony wczoraj za twardy, ubiera się 100 lat, ja cała morka ciśnienie bez kawy na poziomie zawału. Dzisiaj mialo być inaczej znów coś zrobiłam nie tak. Wracam do domu i myślę: JESTEM GŁUPIA. Przecież to śmieszne, że on schował te książkę pod kanapę. Przecież to nawet sprytne w dodatku logiczne, że dziecko nie da się tak łatwo podporządkować temu co MUSI w przeciwieństwie do nas dorosłych.

 

 

No właśnie. Czy zawsze musimy? Czy w życiu zawsze coś trzeba robić czy może się po prostu nie chcieć
i nie robić? Nie wiem jak wy, ale Ja czuję,że wpadam w sidła presji upływającego czasu.
Mam poczucie, że jak teraz nie zrobię tego co sobie zaplanowałam to nie zrobię tego nigdy i będę sobie pluła w brodę za kilka lat, że nie osiągnęłam tego co chciałam w dodatku w zaplanowanym czasie.

 

 

Wiadomo, że muszę na czas odebrać dziecko ze szkoły. No i że w porę muszę wyłączyć czajnik ale czy muszę coś ponad oczywistości tylko po to żeby sobie i innym udowodnić ze jestem lepsza?
Zastanawiam się, a raczej próbuje sobie wyobrazić co się stanie jak się zatrzymam, albo zmienię kierunek?

Może się tak wydarzyć,że po prostu znajdę czas dla siebie, a nie na swoje ambicje. Bo te dwa aspekty trzeba oddzielić, czyli co robimy – stawiamy siebie i ambicje obok. Ja je na chwile odkładam….

Przynajmniej na tyle by moc skoncentrować się na sobie. Na tym czego ja chce, na co mam ochotę, co sprawia mi radość, a nie na tym co wkręciłam sobie jako nastolatka. Zaraz okaże się ze idę, a raczej biegnę całe życie i dobiegnę do mety z wywieszonym jęzorem, a tam nic nie będzie Albo co gorsza wygram wyścig, a nagroda okaże się niesatysfakcjonująca dla mnie.

 

 

Boję się, że nie zdąrze zrobić tego co obiecałam sobie, że zdąrze! Nie mogę iść do fryzjera, bo nie zdąrze kariery zrobić , nie mogę wpieprzyc ciasteczka jak mam ochotę bo będę gruba, a na czerwonym dywanie widzę się smukła! Nie mogę kupować sobie tego czego chce bo jak stracę wszystkie pieniądze to nie będę miała tych na czarna godzinę. Nie dam dziecku batona i mirindy bo chcę żeby był zdrowy i długo żył, nie pozwolę mu nie odrabiać lekcji bo przecież krzywo będą na mnie patrzeć jak dziecko nie dostanie świadectwa z paskiem blehhh. Wpadłam w te sidła w które w mniejszym lub większym stopniu wpadasz i ty i wpadli nasi rodzice, a my jako dzieci śmialiśmy się z nich. Jak tu się znowu zacząć z tego śmiać z tego że twoje dziecko jest sprytniejsze od ciebie…

Dlatego  na chwilę porzucam to całe NIE MOGĘ I NIE ZDĄRZĘ…

 

Written By

Four The Same Fingers

Mieszkam w szklarni. Dosłownie mój dom to szklarnia. Cóż mogę powiedzieć. Starego poniosła wyobraźnia :D nie ubolewam, bo mieszkając na dolnośląskiej wsi mam namiastkę Skandynawii. Mam 30 lat na karku i kilka fanpage’ów. Żaden nie daje pełnego upustu dla mojego ekshibicjonizmu. To dało powód do narodzin FOURTHESAMEFINGERS. Skąd ta nazwa? Opowiem niebawem w telewizji śniadaniowej ;) Z wykształcenia nie chwaląc się zupełnie, słaby dziennikarz, trochę lepszy kulturoznawca, marny operator ;) i całkiem niezły kierownik produkcji – filmowej – rzecz jasna. Z doświadczenia sprzątaczka z Manhattanu (bez kitu), sprzedawczyni w 0,99$ Store z Greenpointu, tancerka orientalna, kelnerka, marketingowiec, tygodniowy kierownik działu marketingu, dosyć poważna asystentka kierowników produkcji, mniej poważny reżyser, producent, operator we własnej JEDNO OSOBOWEJ działalności gospodarczej i wreszcie stara starego i matka 6-letniego kucharza.