Jak przypominam sobie tę wyprawę do Rymu to tylko dwa filmy przychodzą mi na myśl: Wielkie Piękno i 12 prac Asterixa

Ja Obelix i Lu Asterix mieliśmy do pokonania:
5cio krotne podchodzenie do lądowania
apartament na szczycie góry, do którego nie docierała żadna komunikacja (dzięki booking za rekomendacje względem lokalizacji…)
bieg z walizkami z lotniska do metra i z metra na autobus i z autobusu znowu do metra, żeby kupić bilety na autobus i z powrotem do autubusu jak najszybciej by zdążyć na ostatni autobus prawie jak w ostatnim zadaniu Asterixa, czyli przebrnięcie przez system biurokracji – to wszystko w wielkiej ulewie, z bagażami, z rozładowanymi telefonami, po 1 obrzydliwym kebabie, jadąc autobusem nocnym w towarzystwie bardzo szemranego, nietrzeźwego towarzystwa …
3 godzinne kolejki do każdego ważniejszego miejsca, o którym marzy się od dziecka
moje rozwalone zatoki i złamane serce
Ludwika frustracja i zmęczenie
mój strach, że gdy puszcze dziecka rękę, to mogę go do końca życia w tym Rzymie nie odnaleść
przemieszczanie się komunikacją w przeciwnym kierunku
moje pogrzebane romantyczne wyobrażenie o di Trevi z La Dolce Vita Felliniego….

Jednak jak patrze na te zdjęcia to widzę uroki tego miasta prawie jak w Wielkim Pięknie Paolo Sorentino, bo nie mam już czasu, żeby robić rzeczy na, które nie mam ochoty… Dlatego wychodzę z koszmarnej kolejki pod koloseum i KAPLICĄ SYKSTYŃSKĄ i spełniam marzenie syna o hamburgerze z McDonalda, który w Rzymie po tych wszystkich przeprawach smakował jak macaroni w Paryżu…
i przypominam sobie jak śmialiśmy się gdy pędziliśmy na ostatni autobus do naszego mieszkania, jak jeździliśmy w kółko wsiadając w autobus w przeciwnym kierunku i śmialiśmy się z tego do rozpuku, jak tłumy ludzi pod di trevi skłoniły nas do ucieczki nad rzekę i jak jedliśmy tę ochydną pizzę sami nad rzeką i jacy byliśmy szczęśliwi, gdy zmarznięci, przemoczeni deszczem piliśmy herbatę i jedliśmy croissanta i jak zmęczeni tym tłumem siedzieliśmy na ulicy i zaczarowani oglądaliśmy tańczące na ulicy pary …
i wreszcie jak cudownie było wrócić do domu… takie podróże, które dają w kość i po czasie pozwalają docenić najdrobniejsze detale też bardzo lubię …

Written By

Four The Same Fingers

Jestem kobietą … jestem swoim mózgiem … jestem swoim ciałem … jestem swoim kodem genetycznym i jestem swoim doświadczeniem … swoimi traumami … jestem kulturą, w której żyje … jestem planetą pod, której wpływem się urodziłam … jestem myślą … jestem materią … jestem energią … jestem gatunkiem zwierzęcia, które ktoś kiedyś nazwał CZŁOWIEKIEM… jestem pragnieniem … jestem biologią … jestem wojownikiem … jestem strzelcem … jestem ogniem … jestem całym kosmosem… jestem tym wszystkim i jednocześnie nie jestem tym wcale…