CZAS ciągle przyspieszał, aż w końcu się zatrzymał

Jakiś czas temu napisałam taką filozofię na temat naszego postrzegania czasu i czuję, że wymyśliłam przy tym sposób na naszą nieśmiertelność:

Potrzebujemy wydłużenia pojęcia czasu, żeby osiągnąć szczęście. Potrzebujemy, żeby czas się zatrzymał… Żeby to się mogło wydarzyć musimy przestać o nim myśleć, musimy przestać go mierzyć..

Im więcej mamy lat tym czas szybciej płynie… Czy to znaczy, że czas przyspiesza? Czy nasza świadomość tego, że czas się kończy sprawia, że sami przyspieszamy?

Dzieci nie mają w ogóle pojęcia czasu, bo nie znają godzin, dni, tygodni, nie wiedzą, że czas istnieje i nie wiedzą, że nasz czas się kończy … Czy nie są przez to bardziej beztroskie? A czy nie o tą lekkość bytu nam chodzi? Czy nie dążymy do tego stanu przez całe życie?

Gdyby tak rodzić się i nie wiedzieć, że umrzemy? Czy nie bylibyśmy szczęśliwi wtedy? 

Czas przyspiesza razem z nami. Im bliżej jesteśmy mety, tym szybciej zaczynamy biec…

Czy możemy sami zatrzymać czas lub go zwolnić? Oczywiście, musimy po prostu przestać o nim myśleć… przestać wyznaczać sobie terminy i przestać próbować przewidywać swoją przyszłość…

Czy zapomnienie o śmierci nie rozwiązałoby problemu ludzkości, choroby cywilizacyjnej, jaką jest pęd w nieznane … myślę, że nawet mielibyśmy szansę stać się nieśmiertelni!
Tymczasem ten absurdalny lęk przed czymś nieuchronnym wpędza nas w cierpienie egzystencjalne …

Mam wrażenie, że nasze pojmowanie czasu ma mocny związek z naszym postrzeganiem rzeczywistości w ogóle… Im więcej wiemy tym mniej, jak pokazuje historia. Niby każda cywilizacja pędzi w rewolucyjnym postępie, a jednak teraz mamy do czynienia z efektem zderzenia się z niewidzialną ścianą. Chyba nawet człowiek oświecenia był bliżej prawdy niż my współcześnie. Nadal tak słabo wyciągamy wnioski…

Teraz błądzimy jak szczury w labiryncie, błądzimy w świecie i błądzimy w naszych głowach, bo jesteśmy przekonani, że na wszystko mamy wpływ i wszystko już wiemy… Do czego zatem potrzebuje nas ten świat?

Czy nie bylibyśmy bardziej spokojni myśląc, że nie wiemy nic … i że czas nie istnieje … wcale nie musimy nic wiedzieć i niczego przyspieszać …

Po co nam pomiar czegokolwiek, po co wrzucać coś w jakieś ramy? Po co wybiegamy w przyszłość nawet o 1 dzień? Wiemy już przecież, że w ciągu jednego dnia możemy stracić wszystko lub zyskać tak wiele… wszystko zależy tylko od naszej interpretacji tego co jest …

Usilnie chcemy wiedzieć co się dzieje we wszechświecie i kiedy nastąpi koniec ludzkości…

Patrzymy w niebo i myślimy kiedy spadnie meteoryt i zakończy cierpienie naszego umysłu wplątanego w sidła czasu … Tymczasem koniec świata, który znaliśmy do tej pory właśnie nastąpił…

Im więcej wiemy tym więcej czasu liczymy i tym krócej żyjemy … Jedyna droga do długowieczności to zapomnienie o czasie i oddanie się w ręce wszechświata…

Wierząc w czas przestajemy ufać stwórcy kimkolwiek jest … czas to nasze przekleństwo, to nasza zagłada… Nie mamy wpływu, ani wiedzy na temat przyszłości, ale patrząc wstecz wiemy, że wszystko co robimy teraz ma znaczenie… Wszystko i wszystkich, których poznajemy zmienia bieg wydarzeń, ciągle płyniemy, ciagle się zmieniamy, możemy wpływać na swoją przyszłość praktykując swoją uważność, pogłębiając odczucia poprzez nasze zmysły, otwierając szerzej oczy …

Będę Ci wysyłać przekazy prosto z kosmosu tylko daj mi na to szansę
i zostaw mi swojego maila.

Written By

Four The Same Fingers

Jestem kobietą … jestem swoim mózgiem … jestem swoim ciałem … jestem swoim kodem genetycznym i jestem swoim doświadczeniem … swoimi traumami … jestem kulturą, w której żyje … jestem planetą pod, której wpływem się urodziłam … jestem myślą … jestem materią … jestem energią … jestem gatunkiem zwierzęcia, które ktoś kiedyś nazwał CZŁOWIEKIEM… jestem pragnieniem … jestem biologią … jestem wojownikiem … jestem strzelcem … jestem ogniem … jestem całym kosmosem… jestem tym wszystkim i jednocześnie nie jestem tym wcale…