Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi – Magia kina

Cisnę swoim galaktycznym pojazdem, mijam żółte światła. Przede mną inne statki, co rusz wynurzają się to czerwone to białe światła. Na niebie rozbłyskują flary, w oddali widać światła miasta. Pędzę pośród białych rozmytych linii. Pędzę w stronę ciemności … w moim audio transmitorze słyszę dźwięki: tyryty tyy tyryty tyyy ty ty ry ty tyyyyyyy.

3h wcześniej:
Siadam w fotelu, w prawej ręce trzymam kawę, w torebce zachomikowane paluszki. Wyluzowana, nie spodziewając się niczego specjalnego, zakładam okulary. Nagle podskakuję na fotelu gdy wpadają żółte napisy i cisną w stronę galaktyki. Widziałam je milion razy i za każdym razem wywołują ten sam efekt – ja jak zahinpotyzowana przez pstryknięcie palca wchodzę w inny świat i od tego momentu czuję, że poziom ekscytacji przeskakuje z jednego punktu na drugi jak miedzygalaktyczny transporter. Przez 3h poziom emocji utrzymuje się jak przez 9 miesięcy  ciąży.

Niedawno z 7letnim LU i 6letnią HA oglądałam E.T. Gówniarze podskakiwali na każdym bardziej ekscytującym momencie, martwiąc się, czy E.T. żyje, czy go uratują krzycząc E.T. UCIEKAJ!

I wyobraźcie sobie mnie w kinie jak skaczę na fotelu, raz obgryzam paznokcie, wycieram oczy, a za chwilę śmieje się jak 7latek. W końcu chcę wstać i krzyczeć UWAŻAJ!
JA WIEM jestem z tych wrażliwych itd… ale PRZYSIĘGAM to naprawdę jest najlepszy film w historii amerykańskiego kina jaki widziałam! I naprawdę nie mam tu na myśli efektów specjalnych, choć i to MAJSTERSZTYK.

Clue sukcesu każdego filmu to przede wszystkim SCENARIUSZ.

Gwiezdne Wojny przyzwyczaiły nas do pewnych schematów zarówno w opowiadaniu historii jak i kreowaniu postaci. W Ostatnim Jedi zaskakują momenty, w których spodziewacie się największego banału. Jest to robione konsekwentnie, co za tym idzie daje poczucie inteligentnie opowiedzianej historii. Nie dajcie się zmylić, że to tylko bajka. Jest tak prawdopodobna jak „Odyseja kosmiczna” … 😀

Najbardziej cenię we współczesnym gatunku science fiction. efekty specjalne, ale nie te wykonane komputerowo, tylko tzw. efekty mechaniczne, lub także efekty zrealizowane jako złudzenie optyczne  np. zestawienie w montażu ujęć Kylo Ren z Rey lub Leią w jednej scenie. Taki prosty zabieg spowodował, że poczuliśmy jakby bohaterowie byli blisko siebie będąc w zupełnie innych miejscach. Napięcie jakie rosło między nimi to jedynie mimika i montaż.  Na podstawie tak budżetowo napchanej produkcji widać, że szacunek dla klasyki przekłada się na sukces filmu. Idąc za filozofią twórcy Hobbitów – warto łączyć nowoczesne technologie z klasyką kina. Wtedy dokonują się prawdziwe czary i możemy mówić o jego MAGII.

Nie możemy zapomnieć o muzyce, która zmusiła mnie wręcz do pośpiesznego poczynienia zakupu ścieżki dźwiękowej. Uwielbiam muzykę filmową i z cała moją wielką miłością do Gwiezdnych Wojen nigdy nie przyszło mi na myśl, by słuchać całego sountrucku. Tymczasem w Ostatnim Jedi muzyka została podana wyjątkowo i nie można jej nie słuchać po seansie.

Mogłabym nad każdą sceną tego filmu się rozczulać. Dlaczego pokochałam BB8 choć R2D2 był dla mnie nie do przebicia. Dlaczego płaczę za każdym razem jak widzę Chubacce i co czuję jak widzę Leie i Skywalkera. Nawet po 2,5h błagałam by ten film się nie kończył, bo wiem, że tak pięknej historii długo nie przeczytam i na pewno nie zobaczę.
Ten fim to ta najprawdziwsza magia kina, którą zaraził mnie mój tato. Zarażał nas w dzieciństwie Star Warsami, tak, że układaliśmy ich historię, pomimo tego, że do zabawy zostały postaci he-mana i szkieletora…. no i jedna lalka Barbie. Ta dziecięca wyobraźnia mam nadzieję, że zostanie w nas na zawsze.

I tak wygramy z ciemną stroną mocy!

 

 

Written By

Four The Same Fingers

Mieszkam w szklarni. Dosłownie mój dom to szklarnia. Cóż mogę powiedzieć. Starego poniosła wyobraźnia :D nie ubolewam, bo mieszkając na dolnośląskiej wsi mam namiastkę Skandynawii. Mam 30 lat na karku i kilka fanpage’ów. Żaden nie daje pełnego upustu dla mojego ekshibicjonizmu. To dało powód do narodzin FOURTHESAMEFINGERS. Skąd ta nazwa? Opowiem niebawem w telewizji śniadaniowej ;) Z wykształcenia nie chwaląc się zupełnie, słaby dziennikarz, trochę lepszy kulturoznawca, marny operator ;) i całkiem niezły kierownik produkcji – filmowej – rzecz jasna. Z doświadczenia sprzątaczka z Manhattanu (bez kitu), sprzedawczyni w 0,99$ Store z Greenpointu, tancerka orientalna, kelnerka, marketingowiec, tygodniowy kierownik działu marketingu, dosyć poważna asystentka kierowników produkcji, mniej poważny reżyser, producent, operator we własnej JEDNO OSOBOWEJ działalności gospodarczej i wreszcie stara starego i matka 6-letniego kucharza.